"Doganiam marzenia" brzmi bardzo banalnie, prawda? Co najmniej kilkoro moich znajomych ma na swoim facebookowym koncie album z biegowymi zdjęciami zatytułowany właśnie w ten sposób. Ale trudno - przyzwyczaiłam się tak myśleć o swoim biegowym szaleństwie. Tak zostanie, na blogu również.
Z tym szaleństwem to wcale nie przesada. Jeszcze dwa lata temu pomysł, że ja mogłabym podjąć jakąkolwiek aktywność fizyczną rozśmieszał mnie do łez. Trochę później też doprowadzał do łez, ale z żalu - bo kilku miłych doktorów uznało, że mój organizm jest tak uszkodzony z powodu różnych chorób, że nigdy nie będzie go stać na podjęcie większego wysiłku... Właśnie wtedy coś przeskoczyło w moim myśleniu, przełączył się mały pstryczek i na przekór wszystkiemu spróbowałam biegać. A potem była już miłość...
Motywowana wsparciem przyjaciela-maratończyka i mottem "Dopóki walczysz,
jesteś zwycięzcą", postanowiłam spełniać swoje marzenia. I spełniam je
nadal... Właśnie o tym chcę tutaj napisać od czasu do czasu...
I wybaczcie, że przedstawiam się plecami... :) Na zdjęciu koszulka z We Run Prague (31.08.2013).
